I Runda Pucharu PZM Zmotoryzowanych Niepełnosprawnych "CENTUR 2002",
Wągrowiec, 31.05 - 2.06.2002
Ten rajd otwiera cykl 4 rajdów nawigacyjnych Pucharu Niepełnosprawnych. Rajdy te, oprócz rywalizacji sportowej pomyślane są jako integracja osób niepełnosprawnych ze zdrowymi oraz miejsce do spotkania się w gronie osób mających podobne problemy i po prostu znajomych. Na ten rajd jadę z Anką, która ma grupę inwalidzką i z którą jeszcze kilka miesięcy temu umówiłem się, że wystartujemy razem. Jadę jednak "z pewną taką nieśmiałością", bo w międzyczasie zaznałem udziału w rajdzie nawigacyjnym jako pilot i spodobało mi się, a ponadto okazało się, że w następnych rundach mogę brać udział z kierowcą z mojego rodzimego Automobilklubu. Ale umówiliśmy się - więc jedziemy.
W Wągrowcu jesteśmy w piątek po południu. Trafiamy do Ośrodka "Wielspin", gdzie zamieszkujemy i gdzie od razu dostajemy numer startowy. Po krótkiej chwili mamy odprawę rajdową, potem kolacja i o 22-giej przewidziany jest start do odcinka nocnego. Odcinek nocny ma być opisany prostym strzałkowcem, a w sobotę czekają nas 2 odcinki dzienne nawigacyjne. Jedziemy w 2 klasyfikacjach - 16 załóg będzie walczyć w pucharze PZM, a niezależnie startuje grupa 22 załóg niezainteresowanych pucharem a jedynie tym rajdem - są to przeważnie załogi z okolic Poznania. Obie grupy przejeżdżają tą samą trasę, ale są osobno klasyfikowane, ostatni odcinek dzienny - najdłuższy i najtrudniejszy - jest obowiązkowy dla pucharowców a "turyści" mogą go przejechać ale nie muszą. Startujący w pucharze mają załogi dwuosobowe, a turyści mogą jechać z kompletem pasażerów.
Runda nocna, czyli nieoczekiwana zmiana miejsc.
Po odprawie mamy jeszcze prawie dwie godziny czasu wolnego, który staram się wykorzystać na drzemkę podczas gdy Anka szaleje po ośrodku. Nagle wpada do pokoju z nie znanym mi facetem i rozwija swój najnowszy pomysł: otóż spotkała kolegę, który ma duże doświadczenie nawigacyjne i do którego nie dojechał kierowca, więc on mógłby wystartować z nią, mogą także startować razem przez cały rok, tylko że teraz nie mają samochodu, więc czy nie zgodziłbym się użyczyć mojego uniaka na ten rajd, a oni znajdą mi miejsce w roli pilota w załodze poznańskiej, która startuje w rajdzie bo jest jego sponsorem ale jedzie po raz pierwszy i w sumie nie wie o co chodzi i chętnie przyjmie pilota. Pomysł jest równie twórczy co szalony, gadamy chwilę ale niedługą, bo do startu jest raptem z 15 minut W życiu trzeba ryzykować, zgadzam się!
Po chwili, w ciemnościach i deszczu który w międzyczasie się rozpadał, zapoznaję się z nową załogą - małżeństwem prowadzącym firmę produkującą zdrową żywność i zatrudnioną w ich firmie panią Ireną, kierownikiem centrum rehabilitacji. Jedziemy osobowo - dostawczym peugeotem partnerem. Zapoznanie z załogą i nowym miejscem "pracy" jest bardzo skrótowe, instaluję się w samochodzie, latarka, podkładka, kompas, flamastry, kątomierz, batoniki i sok, dobrze jest.
Podjeżdżamy pod start, startujemy jako druga załoga. Kolejność została specjalnie tak ustawiona, że startują najpierw turyści a potem pucharowcy, w kolejności od najsłabszych do najlepszych, ponieważ doświadczenie organizatora pokazuje, że wtedy wszyscy w zbliżonym czasie wracają na metę. Dostajemy itinerer, po starcie zatrzymujemy się i zapoznajemy z zadaniami. Właściwie wszystko jest nieskomplikowane - spisujemy znaki ograniczenia prędkości, tablice organizatora i bierzemy pieczątki w "żywych" punktach kontroli przejazdu. Na odcinku obowiązuje constans - za znakiem stopu zawsze skręcamy w prawo. Jedziemy. Strzałkowiec jest niby prosty, ale kolejne kratki nie oddają kształtu skrzyżowań a jedynie kierunek skrętu "w prawo" lub "w lewo". Generalnie ten odcinek kiepścimy, tak jak większość załóg. Mimo woli walki nie dostrzegamy constansu na początku. Potem trasę przejeżdżamy "mniej więcej" wg itinerera - szkoda, że nie mamy mapy podkładowej ani planu miasta. W tej sytuacji 1 pomyłka na trasie wyprowadza nas w sensie dosłownym na manowce. No bo na przykład - dalsza trasa absolutnie nie pasuje, a najbliższym punktem na itinererze dającym blade szanse na odnalezienie się jest polecenie "skręć w prawo w Jeżyka". Dojeżdżamy jakoś do centrum miasta, napotykamy młodzież bawiącą się na ulicy, pytamy o Jeżyka, pokazują kierunek ale musimy objechać jezioro, jedziemy, potem jeszcze pytamy... i nagle napotykamy punkt kontroli przejazdu z pieczątką. Na pokładzie euforia, tym bardziej że sędzia czekający na nas to ich znajomy, ja też czuję ulgę że oni się nie zniechęcają, oczywiście pieczątkę bierzemy, lepiej mieć PKP w złej kolejności niż go nie mieć. Wokół jeżdżą inne załogi czyli coś w tym fragmencie trasy jest. Chwilę jedziemy za załogą poprzedzającą nas, bo oni wyraźnie też szukają tej ulicy Jeżyka. Razem robimy kółko wokół rynku, potem się rozjeżdżamy i wreszcie odnajdujemy Jeżyka. Ulica jak ulica, ale znaleźć ją to jedno a dopasować do itinerera to drugie, Próbujemy znaleźć takie rozwiązanie, żeby pasował nam dalszy przejazd, ale nie udaje się. Tymczasem mija czas, mamy już spóźnienie 15 minut a trzeba jeszcze wrócić na PKC. Rezygnujemy więc i szukając jeszcze drogi wracamy do Wielspina. Pocieszamy się nawzajem, że trasa wcale nie była taka łatwa, że inni też pewnie błądzili, ale nastroje są minorowe. Nie zauważamy nawet, że na dojazdówce do ośrodka stoi znak ograniczenia prędkości do 5 km/h. Pewny PKP, 20 punktów do przodu za darmo! Ja jednak zauważę go dopiero następnego dnia gdy wybiorę się do kiosku po gazety. Oddajemy kartę drogową i umawiamy się na następny dzień. Po chwili znów spotykam się ze swoją załogą przy bramie wjazdowej, gdzie nadjeżdżają następne załogi. Nie chce się spać, a ciekawość przyciąga! Przyjeżdża też Anka z Jankiem. Wszyscy ogólnie rzecz biorąc klną jak szewcy, bo pobłądzili. Niektórzy w szaleństwie szukania przejazdu wjechali na drogę prywatną i ktoś wezwał policję, tyle że prywatność tej drogi nijak nie była zaznaczona. Tylko ze 3 załogi nadjeżdżają dziwnie zadowolone - udało im się! Mimo całodziennej jazdy do Wągrowca i trudów odcinka nie chce mi się spać, podobnie jak innym - emocje trzymają. O pierwszej schodzę na dół, żeby sprawdzić, czy są już wyniki. Są, ale tylko pucharowców, nasze jeszcze są podliczane. Idziemy więc spać.
Runda dzienna, czyli walczymy na serio.
Następnego dnia rano idę na dół. Ha! Na skutek protestu jednej z załóg runda nocna została odwołana. Organizatorzy przyznali, że mimo regulaminowych wymagań nie było w opisie punktów jawnych, choć przejazd nie zawierał błędów. Nie ma też oczywiście naszych wyników. Dowiaduję się potem, że sklasyfikowano nas na 16-tej pozycji na 22 załogi. Nie dziwię się, błądziliśmy, mieliśmy spóźnienie a ja nie wymagałem od załogi szybkich nawrotów i sprawdzania innych tras przejazdu. Tymczasem szykujemy się do pierwszego odcinka dziennego. Tym razem ze znaków interesują nas tylko ograniczenia prędkości do 30 km/h, oprócz tego po staremu "żywe" PKP-y i numerki. Ten odcinek to już nawigacja. Mamy detale punktów, choinkę, przejazdy z natury i według mapy. Mojej załodze a zwłaszcza Irence bardzo spodobało się nazewnictwo nawigacyjne, kilka razy powtarza z upodobaniem, na przykład "Tak, na tym detalu skręcamy", pokazując najbliższe skrzyżowanie.
Początek odcinka pokonujemy dzielnie i bezbłędnie. Łączy nas widocznie chęć dokonania czegoś po wczorajszym jeżdżeniu w kółko. Mimo braków doświadczenia załoga jest gotowa na wiele. Opracowuję i przejeżdżamy plan "G", gdzie zapisujemy kilka znaków i bierzemy pieczątki. Nieźle idzie, co poprawia nasze morale. W połowie odcinka mamy przejazd "z natury" czyli zostawiamy mapę w spokoju i kierujemy się kolejnymi skrzyżowaniami opisanymi w itinererze. Tu trzeba uważać, bo jak się raz coś pomyli to cała reszta nie pasuje. Niestety, nam właśnie nie pasuje. Wyrzuca nas na trasę wylotową z miasta i dalej się nie zgadza. Próbujemy drugi raz, trochę inaczej, ale lądujemy na czyimś podwórzu. Nie mamy za dużo czasu, więc odpuszczamy, kierując się do następnego pewnego punktu. Następnego dnia podczas sprawdzania przekonałem się, że miałem niedokładnie zaznaczony punkt na mojej mapie i samodzielnie przypisałem go do niewłaściwego skrzyżowania, więc nie mogło nam pasować. Inni tutaj też błądzili, bo jeszcze inna sytuacja była niejednoznacznie opisana. Ostatecznie ten fragment trasy unieważniono.
My tymczasem nadganiając czas wyjeżdżamy z Wągrowca w kierunku Rogoźna. Tutaj udaje mi się wzbudzić niedowierzanie moich załogantów, gdy zgodnie z rozrysowanym detalem na leśnym skrzyżowaniu skręcając w lewo kazałem im pojechać w prawo aby po chwili ostro zawrócić w niewidoczną z początku dróżkę leśną, i nie zgodziłem się na wpisanie fałszywego PKP-u. Ale uwierzyli.
Tak dojechaliśmy na PKC w ośrodku wypoczynkowym nad jeziorem w Rogoźnie. Tutaj na podstawie otrzymanych materiałów rozwiązujemy testy turystyczny i o Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, potem test BRD, i jedziemy na próbę sprawnościową. Próba jest kręciołkowa, na nierównej trawie. Pani Ula, moja dzielna kierowczyni jest w lekkim szoku: "Ja mam to przejechać na czas?" Ale po chwili siada za kierownicę i jedziemy! Przejeżdżamy próbę jako trzecia z kolei załoga, i mamy nawet chwilowo najlepszy czas! Teraz godzina przerwy i obiad.
Po słusznym posiłku wszyscy pucharowcy i chętni turyści startują do odcinka trzeciego. My twardo też. Teraz startujemy na końcu, więc korzystając z tego że przestało padać, oglądamy żaglówki które masowo wypłynęły na jezioro. Jest jak na wakacjach! Sielanka kończy się gdy dostajemy itinerer do trzeciego etapu. Nie dziwię się, że poprzedzające nas załogi po wystartowaniu od razu zatrzymują się na dłużej. Jest się do czego przygotowywać. My też chwilę stoimy, ja przeglądam itinerer a moi załoganci starają się być cierpliwi. Ruszamy. Na początek mamy plan Rogoźno - upierdliwie długi, na dodatek nie wiem czy wszystkie trasy wybieram dobrze, toteż gdy czwarty raz z rzędu przejeżdżamy przez ten sam rynek bo tak według mojej interpretacji nakazuje itinerer, a do końca planu zostało jeszcze drugie tyle, odpuszczamy resztę i kierujemy się do następnego punku czyli Wągrowca. Odcinek jest w zasadzie taki sam jak poprzedni tylko dłuższy, regulaminowy czas przejazdu to 2 godz. i 45 minut, ale w Wągrowcu jeździ nam się przyjemniej niż w Rogoźnie bo podczas poprzednich rund poznaliśmy już to miasto. Aż do końca odcinka jedziemy równym tempem wśród innych załóg pucharowych, to prawda że myśmy opuścili kawałek planu a oni pewnie nie, ale teraz jedziemy "łeb w łeb", co podoba się mojej załodze. Wzbudzam aplauz Irenki kiedy wyjmuję kalkę i przerysowuję ślepą mapę. "No tego to byśmy na pewno nie potrafili zrobić". Takie podejście jest bardzo miłe. Przez cały odcinek jedziemy samodzielnie, nie podczepiamy się pod żadną załogę bo to zresztą nie ma sensu. Wprawdzie w pośpiechu fragment trasy przejeżdżamy za wcześnie, bo źle spojrzałem na itinerer, więc kolejność PKP-ów będziemy mieli pomyloną, ale przecież jadę po to żeby się uczyć i ćwiczyć. Dochodzi nawet do tego, że podczas odcinka zauważam swoje błędy które popełniłem pół godziny temu. Nie mogę ich już poprawić bo PKP-y są przepisane na czysto, ale moja świadomość nawigacyjna wzrasta. Na koniec dotaczamy się naszym peugeutem na metę. Jesteśmy nawet przed czasem i czekamy przed wjazdem kilka minut wespół z kilkoma załogami pucharowymi. Koniec! Teraz czas wolny i relaks.
Po 2 godzinach spotykamy się na uroczystej kolacji połączonej z dyskoteką i imprezą do rana. Obliczanie wyników przedłużało się, teraz znamy wyniki I rundy pucharu PZM, ale nie ma naszych - turystycznych. Wieszają je tuż przed kolacją. W naszej klasie mamy pierwsze miejsce na 22 załogi! Myślałem o tym jako w żartach, ale na poważnie nie spodziewałem się takiego wyniku. Moje dziewczyny rzucają się mi szyję, pan Andrzej też jest mile zaskoczony. Nie powiem żebym się nie cieszył, chwilę później dostajemy dyplomy, puchary i skromne nagrody. Porównawszy nasze wyniki z pucharowcami zdaję sobie sprawę, że w pucharze z tymi punktami bylibyśmy gdzieś w drugiej połowie stawki, tak więc woda sodowa nie uderza mi do głowy. Zresztą w naszej klasie oceniany był faktycznie tylko pierwszy odcinek dzienny i my ten odcinek pojechaliśmy najlepiej, na odcinku drugim dziennym w klasie turystycznej byliśmy na 4 miejscu ale nie dziwię się bo opuściliśmy kawałek odcinka i popełnialiśmy inne błędy. Moim celem było jednak zbieranie doświadczeń, a przy okazji nauki nawigacji znajduję potwierdzenie prawdy, że na rajdzie nawet jak się długo coś nie udaje, to trzeba jechać do końca.
Zdjęcia
To ja i moja dzień wcześniej poznana załoga. Nikt jeszcze nie liczy na trofea...
...wieczorem wyniki - i czeka nas niespodzianka! Mamy 1 miejsce w klasie turystycznej!
A to mój uniak na "polnej" próbie sprawnościowej. Za kierownicą siedzi Janek, my tę próbę przejechaliśmy naszm peugeotem partnerem chwilę wcześniej.
Na następny dzień przed wyjazdem - już przy swoim samochodzie