"Rajd kwiatów" - II runda Turystycznych Motorowych Mistrzostw Polski,
Poznań - Ptaszkowo, 14.04.2002


Rano w dobrych nastrojach i po dobrym śniadaniu wyruszamy na rajd. Jest nas czworo - oprócz mnie 3 dziewczyny - Sylwia, Ania i Zosia. Nic dziwnego, że miałem dobre śniadanie.

Jeszcze nigdy nie miałem tak blisko do miejsca startu. Hotel, w którym nocowaliśmy, znajduje się dokładnie naprzeciwko dziedzińca szkoły podstawowej, na którym jest baza rajdu. Na miejscu jest już większość załóg, są też "nasi", czyli druga chełmska załoga Grześka i Krysi.

Jest ciepło i słonecznie i udziela nam się rozleniwienie. Zapisujemy się i czekamy na rozwój wydarzeń. Na podwórze wjeżdża laweta ze zdezelowanym maluchem. O - będą pokazy ratownictwa - myślę sobie. W środku "malucha" mości się jakiś chłopak, maluje sobie twarz czerwoną farbą, koledzy montują mu trzecią rękę z imitacją rany.

Wtem słyszę głośne wycie syren. Spodziewałem się takiej akcji, ale mimo to impet, z jakim wjeżdżają na dziedziniec duży amerykański ford i star straży pożarnej, a za nimi karetka pogotowia, powodują przyspieszone bicie serca i wydzielają trochę adrenaliny do krwi. Zauważam, że maluch się pali, jest dużo dymu. Dzielni strażacy gaszą ogień, rozcinają karoserię, bandażują i usztywniają "ofiarę" i wynoszą do karetki. Akcja wygląda imponująco, nawet ludzie przechodzący ulicą tworzą stopniowo tłumek gapiów.

Po dłuższej chwili emocje opadają a strażacy kończą akcję, sprzątają po sobie i opuszczają dziedziniec szkoły. My zaś mamy odprawę i dowiadujemy się wszystkiego o rajdzie. Itinerer strzałkowo - opisowy, bez kilometrówki, nie ma zadań topograficznych ale są PKP-y w postaci numerków oraz miejsca do obejrzenia, a na końcu będzie oczywiście test. Aha, rajd liczy 3 etapy.

My startujemy jako jedna z pierwszych załóg. Najpierw jest badanie techniczne przeprowadzane przez prawdziwego policjanta, który sprawdza dokumenty, gaśnicę, trójkąt i światła, i prosta próba sprawnościowa. Na starcie dostajemy itinerer i wreszcie wyjeżdżamy na miasto.

Już poprzedniego dnia uprzedziłem swoje dziewczyny, że w sobotę mamy luz, zwiedzamy Poznań i jest fajnie, ale w niedzielę muszą być dzielne, cierpliwe i wytrwałe. I takie są. Początek rajdu idzie nam nieźle, na pełnym w lewo, jedź asfaltem, 2 razy drogowy dziewięćdziesiąt, skręć pod tunel... Przestaje nam pasować, kiedy mamy pojechać azymutem 80, a tam jest zakaz wjazdu. Kręcimy się po okolicy w kilka samochodów, nawet załoga Maurycego przez chwilę kręci się razem z nami, a oni są naprawdę dobrzy w nawigacji. Wreszcie wspólnymi siłami wyjeżdżamy z tej sytuacji, jednak na pierwszym, najkrótszym ale najbardziej zagmatwanym odcinku gubimy się później jeszcze trochę, i w rezultacie wjeżdżamy na PKC ze spóźnieniem i trochę nie z tej strony. Wiem, że mamy karne punkty za spóźnienie i za PKP-y i jak zwykle - jednocześnie się złoszczę i czuję się odstresowany, że "już coś zepsuliśmy" i teraz możemy jechać myśląc o rajdzie a nie o tym jak wypadniemy.

Po zameldowaniu się na PKC-u w Luboniu Żabikowie zwiedzamy obóz karny z II wojny światowej i dostajemy test turystyczny. Roztrzaskujemy go bardzo sprawnie na masce samochodu - dziewczyny są spostrzegawcze i dokładne.

Wyjeżdżamy na drugi etap. Jest dłuższy i prowadzi przez różne miejscowości. Morale załogi nadal wysokie. Samoistnie wytwarza się pewien podział - podczas jazdy Sylwia pilotuje, Ania zapisuje PKP-y, czyli numerki, a Zosia jest dodatkowym obserwatorem. Podczas zwiedzania obiektów S. i A. dużo notują, ja też, a Zośka zapamiętuje wzrokowo, zwraca uwagę na drzewa, okolicę, liczy dzwony w dzwonnicach itp. Tymczasem dojeżdżamy do Norauto - jednego ze sponsorów. Gdzieś w czeluściach sklepu ukryty jest PKP. Wpadamy tam razem z 2 innymi załogami, obsługa wita nas sympatycznie, nie mają dziś wielu klientów a nasz rajd jest dla nich urozmaiceniem pracującej niedzieli. Ja pierwszy odnajduję numer, wracamy szybko do samochodu, zakupy zrobimy innym razem. Przy Norauto jest druga próba sprawnościowa. Prosta, na równym asfalcie, trzask-prask, przejeżdżam, chyba nieźle, dziewczyny wsiadają na tył i jedziemy dalej. Podczas tego etapu zaczynamy jeździć również drogami polnymi po zakamarkach ziemi wielkopolskiej. W Puszczykowie trafiamy do Muzeum Arkadego Fiedlera, które zwiedzamy. Jest niesamowite, na zewnątrz stoją wielkie totemy przywiezione z wypraw, w środku mniejsze eksponaty. Szkoda, że z konieczności koncentrujemy się na spisywaniu różnych szczegółów zamiast kontemplować sztukę. A byłoby co kontemplować - spódnica afrykańskiej dziewicy z Sudanu, szabla Fulbejów, flety szczepu Wajwaj znad rzeki Essegibo w Gujanie, Moai - tajemniczy posąg z Wyspy Wielkanocnej - jest tego naprawdę mnóstwo! Rozmawiamy chwilę z synem pana Arkadego i ruszamy w dalszą drogę.

Na PKC 2 dojeżdżamy też trochę nietypowo bo z przeciwnej strony niż większość załóg, po sekundzie konsternacji stwierdzamy, że skręciliśmy w prawo o jedno skrzyżowanie za wcześnie, nadrabiamy tę zaległość (tam mogą jeszcze być nasze PKP-y), i meldujemy się jeszcze raz. Dostajemy itinerer do 3-go, ostatniego odcinka. Rany, jeszcze dłuższy! W samochodzie jest gorąco, wokół się kurzy i czuję się nieco zmęczony ale to pryszcz, bardziej boję się, że moja załoga się zniechęci. Laski, na codzień delikatne i subtelne, dziś są dzielne i niezniszczalne, więc jedziemy dalej. Na ten odcinek oprócz itinerera dostajemy też artykuł z gazety o Mosinie. Mnóstwo informacji! Dajemy Zosi do czytania Ten odcinek przejeżdżamy bez większych przygód, jedynie pod koniec mylą nam się kratki i najpierw odnajdujemy metę, a potem krążymy szukając prawidłowego dojazdu do niej. W końcu okazuje się, że na 2 zakrętach przeoczyliśmy dochodzące polne drogi a te miejsca były zaznaczone w itinererze jako skrzyżowania. Na mecie dostajemy ostatni test turystyczny i test BRD. Tu robimy kilka błędów, wynikających ze zmęczenia i osłabienia koncentracji - nie wszystkich odpowiedzi jesteśmy pewni, a w pytaniach typu "Ile lat liczy Mosina" zakreślamy odpowiedź "750" mimo że artykuł podawał, że 750-lecie świętowano w 1998 roku a więc prawidłowa odpowiedź była "754". To się nazywa "pytania podchwytliwe".

W karczmie w Ptaszkowie dostajemy obiad i czekamy na wyniki. Jak zwykle w rajdach turystycznych do końca nie jesteś pewien, jak ci poszło w stosunku do innych. Grzesiek mówi, że w teście nie zauważyli 5-ciu pytań na odwrocie kartki, a na 3 z nich znaliby na pewno prawidłowe odpowiedzi. No tak, w rajdzie każdy zrobi jakiś błąd. Oczekiwanie na wyniki przeciąga się, popsuła się drukarka i sędziowie przepisują wyniki z komputera. Psuje się też pogoda, pada deszcz za to powietrze robi się lżejsze. W pierwszej wersji wyników mamy 13-ste miejsce, po chwili okazuje się że jednak 10-te na 20 załóg. Ha, zawsze to zmieściliśmy się w pierwszej dziesiątce. Patrzę po wynikach i stwierdzam, że nie tyle my słabo wypadliśmy, co konkurencja okazała się bystra, chociaż swoją drogą nasz wynik, zwłaszcza w III etapie, mógł być lepszy.

Po ceremonii wręczenia nagród rozjeżdżamy się. "Grześki" nocują jeszcze w Poznaniu, my wracamy do Warszawy. Teraz mam jeszcze to co lubię - w całej Wielkopolsce robi się urwanie chmury, woda nie nadąża spływać z asfaltu i tak dzieje się aż do Konina. W Kutnie zatrzymujemy się u Anki na krótką kolację, w Warszawie jesteśmy 0.30, jeszcze tylko odwożę Zośkę do Ryk i po 3-ciej nad ranem kładę się wreszcie na zasłużony odpoczynek trwający aż do godziny siódmej. Jazda samochodem traci dla mnie urok aż do wtorku. Ale warto było!

 

Zdjęcia - tylko z pokazu strażaków, bo potem rajd nas wciągnął.

Wypadek - pożar samochodu, zakleszczony w środku kierowca! Na szczęście właśnie nadjechała straż!

Strażacy od razu zabrali się do działania. Było naprawdę dużo dymu.

 

Poszkodowany został otoczony troskliwą opieką. W tle prezes naszego Automobilklubu bacznie kontroluje, czy wszystko przebiega prawidłowo :)

Po chwili dzielni strażacy zrobili z malucha kabriolet aby wydobyć poszkodowabego