Rajd "Koziołek 2002" - II Runda Pucharu Nawigacyjnego PZM Osób Niepełnosprawnych,
Biała Podlaska - Janów Podlaski, 14 - 16.06.2002 r.
Na ten rajd jadę zdeterminowany, mając w pamięci "nauczkę" sprzed tygodnia w Tarnowie. Bojowy nastrój wzmaga relacja radiowa z meczu Polska - USA - wreszcie wygrywamy, szkoda że tak późno, ale za to już w piątej minucie jest 2:0 dla Polaków!
W Białej Podlaskiej w hotelu "Delfin" spotykam się z moim kierowcą Waldkiem - ja będę tym razem walczył jako pilot. Czasowo wyrabiamy się niemal co do minuty: wypełniamy zgłoszenie, oklejamy samochód, bagaże do pokoju, kolacja i zaraz odprawa! Odprawa jest krótka i odbywa się w stylu towarzyskim i trochę na zasadzie "wszystko wiecie bo większość startuje nie pierwszy raz, a zresztą i tak wszystko jest napisane w materiałach". Dowiadujemy się z grubsza, że czekają nas 1 odcinek nocny i 3 dzienne z metą w stadninie koni w Janowie Podlaskim. Oczekują nas urozmaicone typy PKP-ów: znaki ograniczenia prędkości, tonażu, znaki stopu, tablice miejscowości białe i zielone, przekreślone i nieprzekreślone, numery organizatora, pieczątki i obiekty do odnalezienia według zdjęć. Po Tarnowie jestem ostrożny w ocenie moich szans na dobre miejsce, ale mam mocne postanowienie nie przejmowania się wynikiem, tylko jechania z maksymalną koncentracją przez wszystkie odcinki. No i wreszcie mam zaprawionego w rajdowych zmaganiach kierowcę, od którego mogę nieskończenie długo wymagać zawracania na drodze i innych kombinacji za kierownicą.
Runda nocna. Koncentracja i determinacja.
Start do odcinka nocnego jest początkowo planowany na dwudziestą, jednak zostaje przesunięty na 21.00, bo o tej porze roku dopiero wtedy robi się ciemno. Rajd zaczynamy dzielnie, chociaż nasza wola walki jest szybko wystawiona na próbę: mamy przejechać 5x obok znaku "droga z pierwszeństwem", a tymczasem po dwóch takich znakach napotykamy na znak... "koniec drogi z pierwszeństwem". Po krótkiej konfuzji jedziemy dalej prosto, widać następne znaki, tak jakby znowu nam pasowało - okazuje się, że jesteśmy na trasie, tylko przelot między kratkami był tu dłuższy. Potem kręcimy się po mieście, rozpracowujemy jeden detal punktu, w międzyczasie szarość dookoła wreszcie przemienia się w noc. Przy detalu napotykamy kilka innych załóg, które kręcą się w różnych kierunkach lub stoją, niektóre na światłach awaryjnych, inne bez, w różnych typowych i nietypowych miejscach. Opracowuję przejazd według mojej koncepcji, przyznaję że nie mam pewności czy wybieram ten jedyny prawidłowy przejazd, ale próbujemy po kawałku i tak z każdą chwilą posuwamy się naprzód. Przeżywam drobne chwile satysfakcji, kiedy to na przykład ciągniemy za sobą "ogon" trzech załóg, my skręcamy w lewo realizując swoją koncepcję trasy, moim zdaniem absolutnie prawidłową, a oni jadą dalej prosto. Kiedy indziej muszę wczuć się w intencje organizatora, czy alejka osiedlowa odchodząca w bok jest drogą czy nie, bo mamy skręcić "w drugą drogę w prawo" i właśnie musimy wybrać, która droga jest tą drugą. W następnej przecznicy stoi PKP z numerem i od właściwej oceny zależy, czy PKP jest prawdziwy czy wystawiony "na podpuchę". Nie ma czasu na długie rozważania, uznaję że ta osiedlowa jest pełnoprawną drogą i według tej idei "bierzemy" numerek, po mecie okaże się jednak że był fałszywy. Moim zdaniem kwestia do ustalenia, ale nie robię z tego problemu.
Tak dochodzimy, czy raczej dojeżdżamy do "pozamiejskiej części programu". Podobnie jak na początku odcinka jedziemy najpierw według natury, a potem według mapy. Według natury wszystko się zgadza, według mapy początkowo nawet też, ale potem nie mogę trafić na kolejny punkt, to znaczy trafiam na niego ale on uparcie nie chce wyglądać tak jak powinien według notatek. Jeździmy, kombinujemy, każę Waldkowi to zawracać, to zatrzymywać się, wokół przejeżdżają od czasu do czasu pojedynczo lub stadnie inne załogi. Jeździmy tak ze 20 minut po ciemnych drugorzędnych asfaltowych drogach, polnych i leśnych duktach i jakichś chaszczach. To właśnie zero pomysłu w połączeniu z wolą walki przynosi taki efekt. Wtem, sam nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale dostrzegam na mapie drobny dodatkowy punkcik którego dotąd nie widziałem . Olśnienie - no tak, przecież obie mapy - miejska i podmiejska - mają jeden punkt wspólny, który daje wzajemne odniesienie i odtąd wszystko przestaje być tajemnicą. My zaś jeździmy sobie po sąsiedniej drodze, nie po tej właściwej. Kończy nam się czas odcinka, możemy odpuścić ten fragment i jechać dalej, czeka nas jeszcze fragment po mieście, tam możemy się podciągnąć. Ale jeśli zaryzykujemy spóźnienie i przejedziemy ten plan, to unikniemy wielu punktów karnych za niezaliczone PKP-y. Waldek wyraża chęć walki, więc robimy od początku przejazd pozamiejski. Teraz nam ładnie wychodzi, a poszczególne punkty nawet nie leżą daleko od siebie. Rozpracowujemy 2 detale, przejazd według mapy, dojazd do punktu, łapiemy 2 pieczątki i dużo, dużo numerów, co poprawia nasze nastroje.
Wracamy do miasta, rozpracowujemy plan "Lotnicy", wpadają nam kolejne numerki. Obaj mamy chęć walki do końca, jednak na dwóch następujących bezpośrednio po sobie ślepych mapach schodzi nam znowu dłuższa chwila. Nie trafiamy na właściwą dróżkę (tak trzeba nazwać to coś, bo chociaż na mapie była to ulica z nazwą, to w rzeczywistości przypominało to-to ziemisty przejazd przez podwórze, zwłaszcza po ciemku), napotykamy punkt z pieczątką, poganiani czasem nie sprawdzamy tego przejazdu chociaż coś mi nie pasuje w kształcie ulicy, bierzemy pieczątkę, ruszamy dalej, a tu za zakrętem ślepe podwórze. Fałszywa pieczątka! Niepyszni zawracamy i wtedy odnajdujemy rzeczony licho wyglądający przejazd w bok. Stopniowo osiągamy spóźnienie ponad 40 minut, a limit na odcinek nocny wynosi godzinę. Powyżej jest taryfa 2000 pkt karnych i zapomnij o walce. Odpuszczam więc pozostałą połowę planu i przejazd następujący po nim i zrywamy się na PKC, bo i tak chwilę trzeba poświęcić na dojazd. Po drodze stajemy jeszcze przed zamkniętym przejazdem kolejowym i stoimy tam długie 4 minuty, potem wleczemy się za żukiem, którego nie ma jak wyprzedzić na wąskiej krętej drodze, i tak, mając 54 minuty spóźnienia, dojeżdżamy na punkt kontroli czasu. Ufff! Koniec na dzisiaj. Jednak nie chce nam się spać, podobnie jak innym załogom. Rozmowy, wymiana wrażeń, porównywanie tras - pochłania ludzi w holu hotelu i pokojach. My kosztujemy waldkowej nalewki, około pierwszej schodzę na dół - są wyniki. Ostrożnie czytam listę od dołu iiii... nie ma nas, długo nie ma... Na 24 załogi mamy 4 miejsce!
Runda dzienna. Nie ustępujemy.
Po śniadaniu w kolejności startowej ruszamy na sprawnościówkę. Próba jest "kręciołkowa" - 5 pachołków, z których każdy trzeba objechać od lewej do prawej lub odwrotnie. Nawierzchnia - suche płyty betonowe z posypką kurzowo - piaskową i kamykami. Obserwujemy popisy naszych poprzedników, wreszcie przychodzi kolej na nas. Waldek całkiem żwawo objeżdża pachołki. Widzę, że jest przyzwyczajony do tylnego napędu (maluch, maluch na co dzień!), ale mimo to ustanawia jak na razie drugi czas.
Startując do odcinka pierwszego dostajemy oprócz itinerera kopertę ze zdjęciami obiektów, które mamy odnaleźć na trasie. Zdjęciami oklejamy wszystkie wolne miejsca przede mną obok tablicy rozdzielczej, żeby mieć je na oku.
Odcinki dzienne są dłuższe - odpowiednio 130, 120 i 60 minut, do tego dochodzi nowy 60-minutowy limit spóźnień. Odcinek pierwszy zaczynamy długim przejazdem według natury, czyli uważamy na kolejne skrzyżowania, żeby nie przegapić żadnego szczegółu opisywanego przez itinerer, bo to oznaczałoby zawracanie i szukanie od początku. Kręcimy się jak bąki po centrum Białej, na szczęście szybko odnajdujemy pomniki z 2 zdjęć, to zawsze poprawia nastrój. Później robimy przejazd według mapy i tak opuszczamy Białą Podlaskę, odnajdujemy kolejne obiekty ze zdjęć, trochę kombinując, lekko błądząc i zawracając odnajdujemy ośrodek w Grabanowie, wzorowo przejeżdżamy trasę przez ośrodek, bierzemy pieczątkę, chwilę później świadomie nie bierzemy pieczątki w zatoczce przy zakręcie drogi bo wygląda mi na fałszywą. Jeden z planów rozgrywa się w Leśnej Podlaskiej. To fajny akcent dla mnie, bo byłem już tu kilkakrotnie u kolegi ze studiów, łowiliśmy ryby i piknikowaliśmy. Sentymenty odsuwam jednak na bok, przejeżdżamy plan i wyjeżdżamy z Leśnej.
Na zakończenie odcinka przejeżdżamy jeszcze plan "Kanał", który, chociaż prosty, mógł się stać dla nas prawdziwym kanałem. W ferworze nie dostrzegłem małego rysuneczku z detalem punktu łączącego drogi, a ten detal zmieniał cały przejazd. Znajduję to oczywiście wtedy, gdy już kończymy objeżdżać plan. Dodatkowa runda i szybkie korekty ratują sytuację. Szczęściem nie zdążyliśmy wziąć żadnej pieczątki a PKP-y spisywałem na brudno, więc teraz mogę zrobić korekty.
Na PKC 1 w Konstantynowie wjeżdżamy ze spóźnieniem 26 minut, czyli większym, niż założyłem. Postanawiam przyspieszyć na następnych odcinkach. Rozwiązujemy testy BRD i PFRON, odpoczywamy 3 minuty, dostajemy nową porcję zdjęć i nowy itinerer i ruszamy. Odcinek drugi rozpoczynamy planem "Gargamel", czyli jeździmy po Konstantynowie. Miasto znam już z rajdu turystycznego w zeszłym roku, jednak wtedy oglądaliśmy głównie kościół i budynek szkoły, a teraz zmagamy się z głównym skrzyżowaniem, przyległymi ulicami i ślepymi mapami. Sytuację "umilają" nam równie nietrzeźwi co szczerze chcący nam pomóc pogromcy okolicznych knajp. "Masz tu kościół? Masz? Nie masz! To jedź teraz w prawo! Tamci w prawo pojechali!" - ryczy do nas jakiś gościu, więc odjeżdżamy i przystajemy kawałek dalej bo muszę rozpracować następny fragment trasy. Bezrobocie i wóda to niedobre połączenie.
Wyjeżdżając z Konstantynowa chwilę kombinuję jak koń pod górkę, bo uparcie na mapie usiłuję umiejscowić nas na nie tej drodze co trzeba. Muszę bardziej uważać. Gdy jedziemy do Sarnak dłuższym kawałkiem prostej drogi, wydaje się, że nie powinno się wydarzyć nic ciekawego. A jednak stale coś się dzieje, bo na przykład nieoczekiwanie mimo jazdy sporą prędkością po pustej drodze Waldek dostrzega po lewej obiekt ze zdjęcia - stareńki wóz drabiniasty, i nawet pranie się suszy koło niego tak, jak na zdjęciu. Chwilę później przejeżdżamy obok tablicy z nazwą miejscowości "Hołowczyce". Krzyczę "stój", heble, wsteczny, iiiiiii, cofamy, robimy sobie zdjęcie przy tablicy, a jakże! Gdy ruszamy dalej, przestaje działać halda - moja duma i zabawka, która dokładnie mierzy przebyty dystans, więc "przestawiamy się" na korzystanie z dziennego licznika kilometrów. Ogólnie rzecz biorąc nie nudzimy się.
W Sarnakach chwilowo się gubię: jest miejscowość, zresztą bardzo ładna, ale ja nie wiem, jak się nazywa. Najprościej zapytać tubylca ale akurat nie ma nikogo, po chwili idzie poboczem mała umorusana dziewczynka, mówię Waldkowi żeby się zatrzymał i pytam ją "Jak się nazywa ta miejscowość?" Dziewczynka robi duże oczy: "Agnieskaaa..." Po chwili z pomocą Waldka dogadujemy się i jedziemy dalej. Kiedy indziej znienacka wyjeżdżamy koło tajnej wojskowej stacji radarowej. Waldek z miejsca się rozrzewnia, wywiązuje się rozmowa. Waldek: "Ja służyłem w wojskach OPK, byłem operatorem radaru" Ja: "Teraz jakieś 500 metrów prosto, potem będzie lekki łuk w lewo i skręcamy w pierwszą w prawo" Waldek po chwili: "Wtedy też mieliśmy tatry, tak jak oni teraz", ja: "Tu w lewo, po skręcie cały czas prosto aż do bramy". Niewdzięczna jest praca pilota!
Na PKC-u 2 przejeżdżamy drugą próbę sprawnościową i od razu "wyganiają" nas na III odcinek. Wraz z nowym itinererem dostajemy test turystyczny, który zostawiamy sobie na koniec odcinka. Czuję znużenie od ciągłego kombinowania, wytyczania trasy, ustalania stron świata itd. Waldek też chyba odczuwa zmęczenie, ale trzyma się dzielnie. Ten odcinek okazuje się "luźniejszym", są dłuższe przeloty i mniej punktów. Podczas jednego z takich przelotów ja popisuję się spostrzegawczością - gdy podnoszę głowę znad papierów, mój wzrok pada akurat na tablicę z nazwą zajazdu, który jest na zdjęciach. Krzyczę "Dworek Łukowiska!" Waldek jest w szoku, taki pilot siedzi koło niego! Urozmaiceniem są dwie "choinki", które przejeżdżamy po wąskich uliczkach Janowa Podlaskiego. Dojeżdżamy do mety, o dziwo kilka minut przed czasem, rozwiązujemy jeszcze test turystyczny na podstawie materiałów które dostaliśmy przed rajdem (a jest tego, oj jest!) i kończymy rajd. Ulga! Czuję zmęczenie i mam poczucie dobrej roboty, a wygląd samochodu potwierdza moje odczucia: z zewnątrz pięknie schlapany błotem (szukaliśmy prawidłowego przejazdu na różnych drogach, raz trafiło się takie mini-bagienko), wewnątrz pełno porozrzucanych map, itinererów, rozłożone notatki, foldery, przepisy ruchu drogowego... Lekko składam ten bałagan i idziemy na obiad (dobry, mniam mniam!), po czym zwiedzamy stadninę, na zwiedzanie miasta nie mamy już ochoty choć jest taka możliwość. Na wieczór wracamy do hotelu do Białej, chwila odpoczynku, ja pakuję manatki bo jeszcze wieczorem muszę wrócić do Warszawy, jutro rano mam wyjazd na targi... Gdy o ósmej schodzę na dół, są już wyniki. Mamy 5-te miejsce w rajdzie! Bardzo się cieszę, przed rajdem mówiłem, że będzie super jeśli zajmiemy miejsce w połowie stawki! Dyplom który otrzymuję chwilę potem, jest dla mnie cenny, podobnie jak "dowód osobisty Koziołka Matołka", który otrzymuje każdy uczestnik rajdu z okazji 18-tych urodzin rajdu "Koziołek". Robię na mój użytek krótkie podsumowanie: Nasz wynik to składowa zaparcia (może "samozaparcie" będzie lepszym określeniem?), woli walki, wytrwałego kierowcy od którego mogłem wymagać wielu pozornie bezsensownych manewrów na drodze, być może braku kilku mocniejszych załóg, no i szczęścia, które jest zawsze potrzebne w sporcie!
"Park maszynowy" widziany z okna w hotelu. Ten ładny uniak w lewym górnym rogu to nasza "rajdówka"
Na trasie. Tu nie moglismy tak po prostu przejechać i nie zrobić sobie zdjęcia.
A tu też my - chwilę po oddaniu papierów na mecie.
Takie chwile - tylko w Janowie Podlaskim!
Po zakończeniu - pobojowisko w samochodzie: mapy, itinerery, zdjęcia, batoniki - wszystko razem
Jeszcze wisi kilka zdjęć obiektów, które mieliśmy znaleźć. Akurat tych nie znaleźliśmy :)