III Runda Pucharu PZM Zmotoryzowanych Niepełnosprawnych "Podkarpacie `2002",
Czudec - Strzyżów - Frysztak - Odrzykoń, 30-31.08.2002


Prolog czyli konie na drodze.

Na ten rajd wyjeżdżamy z Dziadkiem Waldkiem w piątek w południe z Chełma. Już wieczorem w Czudcu mamy wystartować do etapu nocnego. Tymczasem jest piękny gorący letni dzień, my mamy bojowe nastroje i dzielnie ruszamy w trasę. Po drodze umilamy sobie czas rozmową, słuchaniem radia i podwożeniem autostopowiczek.

Ciekawe urozmaicenie podróży mamy po jakichś trzech godzinach, gdy przed Rzeszowem robimy sobie postój na stacji benzynowej. Ponieważ jest gorąco, a w samochodzie mamy pootwierane okna i mnóstwo rzeczy na siedzeniach, nie zamykam samochodu, tylko na zamianę korzystamy z toalety i dobrodziejstw sklepu. Ja idę pierwszy, a Waldek pilnuje samochodu. Gdy wychodzę po kilku chwilach, widzę otwarty samochód, ale nie ma Waldka. "Gdzieś polazł, no trudno, ale dobrze, że z samochodu nic nie zginęło" - myślę sobie. Wtem kątem oka dostrzegam, jak po drodze (droga krajowa, spory ruch, TIR-y itp.) jakiś facet prowadzi konia na łańcuchu. Patrzę... A to Waldek! Przecieram oczy, ale obraz nie znika. Waldek dość spokojnym krokiem przeprowadza konia na skraj jezdni i na trawnik. Nie myślę wiele, rzucam się do samochodu po aparat, niestety zdążam dopiero na chwilę, gdy Waldek przywiązuje konia do latarni. Podbiegam do nich, to znaczy do Waldka i jego "nowego przyjaciela": co się stało? Okazuje się, że Waldek stał sobie najspokojniej w świecie przy samochodzie i czekał na mnie, gdy zobaczył przechodzącego samopas przez drogę konia, który najwidoczniej wyrwał łańcuch na pastwisku i poszedł w świat. Reakcja Waldka była jak najbardziej prawidłowa - poleciał i ściągnął zwierzę z drogi. Bo co by się stało, gdyby na przykład któryś wyprzedzający samochód wpadł na konia, albo gdyby się któremuś ten łańcuch wkręcił w koła... brrr! Robimy sobie jeszcze kilka zdjęć z "naszą szkapą" (jest bardzo oswojona i ładnie rży), Waldek idzie jeszcze powiedzieć obsłudze stacji, że mają... konia uwiązanego do latarni, i odjeżdżamy.

Część nocna. Porażka.

W Ośrodku Doskonalenia Nauczycieli, gdzie jest baza rajdu, jesteśmy w bardzo dobrym czasie. Kwaterujemy się w pokoju, witamy się ze znajomymi. Kolacja, odprawa - wszystko odbywa się w znanej kolejności. Jestem ciekaw, jak nam pójdzie. To pierwszy rajd po wakacyjnym rozleniwieniu. Wiosną szło nam nie najgorzej, więc rajd widzę optymistycznie.

Na odprawie dowiadujemy się, że czeka nas 1 odcinek nocny, stosunkowo zwarty, i 2 dość długie odcinki dzienne. Mamy ciekawe niektóre rodzaje punktów kontroli przejazdu - osobno mamy zaznaczać przejazd po moście nad Wisłokiem, przejazd przez przejazd kolejowy bez zapór, z zaporami, wiaduktem nad torami i pod torami. Jesteśmy gotowi.

Ruszamy wg planu o 21.46. Na etap nocny mamy 2 godziny plus limit spóźnień - 60 minut na cały rajd. Tuż za startem jak zwykle kłębowisko samochodów - każdy się zatrzymuje i zapoznaje z itinererem. My też. Widzę, że itinerer jest naszpikowany detalami i planami - dużo szczegółów, o których trzeba pamiętać. Jest nad czym pracować. Na początku mamy przejechać z natury schematycznie narysowane skrzyżowanie 3 dróg. Tu, właśnie tu na początku przeżywam autentyczne zaćmienie umysłu, ponieważ nie dopuszczam myśli, że jest to tylko schemat, który należy wykonać na pierwszym napotkanym skrzyżowaniu trzech dróg, tylko szukam skrzyżowania o takim kształcie, jak na rysunku. Pewnego napięcia dodaje też fakt, że to dopiero początek a ja tak bardzo chciałbym dobrze zacząć. Po prostu nastawiłem się, że przejedziemy cały rajd bez opuszczania czegokolwiek. Tak więc jedziemy w jedną stronę, dopasowujemy, ale nic nie pasuje, wtedy my w drugą stronę. Też nie. Mijamy "żywy" PKP, wokół jeżdżą inne załogi o coraz dalszych numerach startowych, co wpływa deprymująco. I do czego może doprowadzić szaleńczy upór? Nie, nie znajduję rozwiązania, ale tracimy tu prawie 40 minut, zanim zdecyduję się odpuścić. Jak niepyszni ruszamy dalej, ale to nie był dobry początek, a przed nami mnóstwo materiału nawigacyjnego.

Dalej idzie nam dość sensownie. Jeździmy według natury po Czudcu, w pewnej chwili "ratujemy się" dość nietypowo, bo mamy skręcić w lewo w ul. Młyńską, a nie znajdujemy takiej ulicy. Pytamy się więc na rynku młodzieży wracającej z imprezy i jeden młody człowiek oferuje się, że nas tam poprowadzi. Zabieramy go i podwozimy na Młyńską - faktycznie bardzo wąziutka uliczka, można ją przeoczyć jadąc zbyt szybko. Przejeżdżając drogą w stronę Rzeszowa zauważam po prawej stojące samochody z rajdu, jednak zaaferowany swoją trasą nie interesuję się nimi. W sumie reakcja moja jest prawidłowa, bo trzeba jechać według własnych notatek a nie za innymi, zresztą nie wiem, w jakim punkcie rajdu są oni, może za chwilę i nas trasa wyprowadzi w ten punkt. W tym przypadku okazuje się jednak, że po prostu zapomniałem o detalu punktu X, a raczej pomylił mi się on z detalem punku Z, cóż, podobne literki. Ponieważ trasa przewidywała dwukrotny przejazd przez ten punkt, a tam były numerki i nawet pieczątka, więc tutaj straciliśmy dużo (ale taki mądry stałem się po obejrzeniu "przejazdu zerowego" na mecie).

Miły akcent przeżywam, gdy w sytuacji walki z czasem i ciemnościami decyduję się na rozpracowanie dwóch kolejnych ślepych map, co prowadzi nas jakieś 2 kilometry drogą i wiaduktem nad torami, a chwilę później drogą podrzędną pod tym wiaduktem,. Tam napotykamy na "żywy" PKP. "Jesteście dopiero trzecią załogą, która do nas dojechała" - słyszymy. Fajne, tym bardziej, że jedziemy gdzieś pod koniec stawki. Po mecie okaże się, że tą pieczątkę wzięło tylko 5 załóg, w tym i my. Inni odpuścili ten czasochłonny kawałek.

Chwilę później robimy plan "As". Po dłuższym przejeździe nieoświetloną pozamiejską drogą odnajdujemy po lewej rodzaj parkingu z kilkoma uliczkami, gdzie jest "bity" PKP i kilka tablic z numerkami, oraz gdzie "walczy" już kilka załóg. Kawałek po kawałku przejeżdżamy ten plan. W pewnym momencie bierzemy numerek i od razu skręcamy w lewo na betonowy mostek czy raczej taki przepust nad rowem odwadniającym. Ponieważ robię kilka rzeczy na raz, więc numerek zapisuję po przejechaniu. Pytam Waldka "37, na pewno?" "Tak. Ale sprawdzimy". Powoli skręcając cofamy na drogę główną, przepuszczamy kilka samochodów, jest ciemno choć oko wykol, raptem zgrzyt i tył uniaka robi się wyraźnie niższy. "O kurde" (delikatnie cytując) mówi Waldek. Po prostu za bardzo przyciął zakręt i spadliśmy jednym, kołem z przepustu. Tylko spokój, odkładam papiery i wysiadam, Waldek trzyma samochód na hamulcu, oglądam, wisimy na progu. Obmyślam przez chwilę, jak by tu wyjechać, nagle z ciemnej nocy (autentycznie) wyłania się Radek czyli jeden z autorów trasy, z jego pomocą tyłem wjeżdżamy na asfalt. Zaglądam pod samochód, trochę porysowany od spodu ale nic nie cieknie ani nie wisi, więcej w tych warunkach i tak nie zobaczę, więc cóż, jedziemy dalej!

Na tym odcinku przejeżdżamy jeszcze sympatyczny fragment trasy w samym Czudcu i itinerer prowadzi nas do mety. Nie jestem zadowolony - było nie było brak koncentracji i przerost chęci z mojej strony, do tego nieuwaga Waldka i 39 minut spóźnienia na mecie, na jutro mamy limit już tylko 21 minut. To spóźnienie idealnie pokrywa się z naszą ślepą walką na początku odcinka. Już drugi taki rajd (po Wągrowcu), kiedy na samym początku zacinam się i na zabój szukam czegoś drobnego zamiast odpuścić i jechać dalej. Chociaż gdybym odpuścił, to może bym żałował, że nie powalczyłem chwili dłużej...? Trudno powiedzieć. Oglądam samochód. Na moja oko są tylko powierzchowne ślady otarcia na podwoziu, to dobrze.

Część dzienna. Pozostał nam tylko honor, czyli walczymy do końca.

Rano schodzę obejrzeć wyniki. Mamy 9-te miejsce na 17 załóg. Biorąc pod uwagę nasze wyczyny i tak się cieszę. Na samym tylko przegapionym detalu punktu X straciliśmy tak dużo punktów, że nawet nie liczę. Przed nami nowy dzień.

Pierwszy etap dzienny zaczyna się od próby sprawnościowej. Mówię Dziadkowi, żeby nie szalał bo w tym rajdzie sprawnościówki i tak nie ważą na wyniku, a ja jutro startuję w rajdzie sportowym w Chełmie i chcę mieć samochód. To jednak za bardzo nie trafia do niego, człowiek chce pokazać co umie, więc na próbie, dość krótkiej i asfaltowej, jedziemy dynamicznie. Gubi nas jednak cofanie na łuku, musimy się zatrzymać i powtarzać, w wyniku czego Dziadek jest niepocieszony. Uspokajam go, że rajd jeszcze przed nami. Pilot musi być czasem słodki jak miód na serce kierowcy. Dostajemy i rozwiązujemy test z BRD i problematyki PFRON-u, i po chwili ruszamy na trasę.

Mam ochotę "zmyć z siebie" wczorajsze niepowodzenia, więc z zapałem zabieram się za itinerer. Znowu dużo detali, kartka jest wręcz naszpikowana rysuneczkami i uwagami. Robimy plan w Czudcu, potem serię ślepych map, które przenoszą nas z mapy M1 na mapę M2 i trzeba je przejechać "z natury", co nie jest dla mnie takie łatwe, i tak dojeżdżamy do Strzyżowa. Tam, po chwili kręcenia się po mieście itinerer wyrzuca nas na podupadłą asfaltową drogę, która po kilkuset metrach staje się jeszcze bardziej podupadła. Naprawdę lubię takie drogi - kurz, doły, wokół las. Nagle oczom naszym ukazuje się samochód organizatora. Nie dostajemy jednak pieczątki, tylko karteczkę z dodatkowymi informacjami: "Po 300 m skręć w prawo, wjedź przez stalowe wrota do tunelu. Włącz wszystkie światła. Odwagi!!! Przejedź 330 m, po czym zawróć w miejscu, wyjedź z tunelu i wykonuj dalsze polecenia itinerera". Jedziemy, w lesie faktycznie stoi coś jakby duży bunkier, szeroki na 6-8m i bardzo długi. Wjeżdżamy do środka - ciemno, wilgotno, coś kapie ze stropu, nawierzchnia betonowa pełna dziur, jakieś przeszkody z worków z piaskiem, jakby szykany. Włączamy długie światła, po wjechaniu z pełnego słońca wydaje się że świecą z siłą świeczki. Jedziemy do końca, zawracamy, mijamy następną załogę i spisujemy numerek. W czymś takim jeszcze nie byłem!

Dalsza część odcinka prowadzi nas po Strzyżowie. Jeździmy po uliczkach - plany, detale, esemy, staramy się robić dokładnie wszystko po kolei. Jednak koncentracja coś nie ta, przyznam że zamiast współpracować z kierowcą, robię swoje a oprócz tego odruchowo "jadę razem z nim", to znaczy zwracam uwagę na ruch drogowy. Nie za dobrze, ale to wpływ odcinka nocnego. W każdym razie teraz nie nadganiamy tempa, zresztą byłoby to trudne bo zadań dużo, a my mamy malutki limit na spóźnienie. W końcu musimy "zerwać się" do PKC-u opuszczając plan "XY" i plan "WIS". Szkoda!

Za to przerwa między odcinkami jest bardzo przyjemna. PKC znajduje się w Stępinie, w miejscu, gdzie Niemcy podczas wojny wybudowali specjalny schron kolejowy. Teraz wyjaśnia się historia bunkra, po którym jeździliśmy samochodem. Otóż są w okolicy 2 zachowane schrony kolejowe, a ten przy którym jesteśmy teraz, jest oficjalnie udostępniony do zwiedzania. Schrony służyły Niemcom do ochrony pociągów sztabowych przed nalotami alianckiego lotnictwa, a w tym miejscu spotkali się nawet Hitler i Mussolini. Historia jest ciekawa, a mamy prawie godzinę przerwy i przewodnika do dyspozycji, więc słuchamy, oglądamy i pytamy. Ktoś zauważa, że Niemcy na drodze historii zawsze preferowali żelbeton i stal.

Po odpoczynku wyruszamy na ostatni odcinek. Itinerer wydaje się prostszy, a przynajmniej krótszy niż poprzednie. Trasa jest przelotowa - mniej planów i detali, za to dłuższe odległości między punktami. Na początek zmagamy się z 2 ślepymi mapami, które wyprowadzają nas na polne lub żwirowe lub leśne drogi, gdzie dalsza sytuacja przestaje nam pasować. Co chwila napotykamy na inne załogi, przy czym - ciekawe - większość jedzie z przeciwnego kierunku. Tak jakbyśmy źle wjechali w ten plan. Nie mamy już czasu na wyjaśnianie, chwilę próbujemy, a gdy nie wychodzi, wyjeżdżamy "mniej więcej we właściwym kierunku" i dojeżdżamy do Frysztaka. We Frysztaku robimy plan "FRY", który też z początku nie daje się nam dobrze rozpoznać - niby pasuje, ale brak jednej drogi. To presja psychiczna daje o sobie znać - mimo starań obaj liczyliśmy chyba na więcej i teraz jedziemy z jakąś blokadą w psychice. Przejeżdżamy "FRY" i wyFRUwamy stąd. Na tym odcinku też odpuszczamy ostatni plan - "OD" - ale po prostu stwierdzam, że są granice szaleństwa: Do mety zostało nam jeszcze 5 punktów mocno oddalonych od siebie, przez które i tak musimy przejechać, bo są po drodze. Meta jest po prostu daleko, a my mamy niepełne pół godziny do taryfy. Więc spadamy i grzejemy asfaltami. Na mecie jesteśmy na 7 minut przed czasem i 11 minut przed taryfa i uważam, ze to był właściwy czas. Teraz jeszcze druga próba sprawnościowa, którą Waldek przejeżdża już spokojniej, i mamy zasłużony odpoczynek. Dziadek kończy zmianę za kierownicą i z radością wypija swój i mój przydział piwny, jemy obiad i wracamy do hotelu. Po drodze zwiedzamy ruiny zamku w Odrzykoniu. Właścicielem tego zamku był przed laty hrabia Aleksander Fredro, który zainspirowany jego historią napisał "Zemstę". Zwiedzamy też kaplicę - kopię groty z Lourdes.

W hotelu, trochę nietypowo, dostajemy jeszcze test turystyczny, który nie sprawia mi większych problemów. Nie zmienia to faktu, że po wywieszeniu wyników znajdujemy swoje nazwiska na 13-tym miejscu na 17 załóg. Nawet prezes automobilklubu, który sms-owo dopomina się o informacje, odpisuje po chwili "Już odzyskałem przytomność. Gratu... Znowu zasłabłem". Chyba liczył na więcej, ja przed rajdem zresztą też. Wieczorem w hotelu rozpoczyna się kolacja, wręczanie nagród i imprezka. Dziadek zaczyna balować i żałuję, ale muszę go shaltować, wsadzić do samochodu i zabrać do Chełma, ale sam postanowiłem - jutro walczę w Chełmie.


Zdjęcia z rajdu

Na trasie do Rzeszowa - "Dziadek Waldek" wiąże konia do latarni. Niestety nie zdążyłem z aparatem, jak obaj wędrowali po drodze...

a potem zrobiliśmy sobie zdjęcia z nowym przyjacielem... ... o tak.

 

My na próbie sprawnościowej
Na trasie rajdu napotykaliśmy naprawdę urocze zakątki, jednak rzadko zatrzymywaliśmy się z aparatem - w końcu to rajd!

-  

PKC przy pohitlerowskim schronie kolejowym w Stępinie I z innej strony A tutaj wewnątrz schronu. Przez podobny schron przejeżdżaliśmy - tylko tamten był szerszy, nieoświetlony i przypominał prawdziwy loch.