Samochodowy Rajd Turystyczny "Podlaska Jesień", V Runda Turystyczno - Nawigacyjnych Mistrzostw Okręgu Lubelskiego PZM,
Biała Podlaska, 13.10.2002
Do Białej Podlaskiej dojeżdżamy o godzinie 0.50 w nocy. Niezły czas, biorąc pod uwagę, że przez całą drogę już od Mysłowic równo padał deszcz, od Radomia deszcz ze śniegiem, od Puław śnieg, a temparatura oscylowała wokół zera. Na marginesie, pierwszy raz widziałem deszcz, który na przestrzeni kilkuset kilometrów pada cały czas z takim samym natężeniem - żadne przelotne opady, żadne przerwy, on po prostu cały czas równo sobie padał! Rano w hotelu w Białej budzę się, o dziwo, przed budzikiem i jestem wyspany. Tak to jest jak ktoś lubi to, co go czeka. Do pracy nie wstawałbym jednak tak ochoczo.
Za oknem biało, można lepić bałwana, a to dopiero połowa października. Ale przecież to Biała Podlaska, więc jest biało, hi hi. Jedziemy na start, zbiera się raptem 7 załóg. Rok temu było ich 25, ale rok temu na rajdzie była prawdziwa złota polska jesień, nie to, co teraz.
Przed odprawą czekamy jeszcze, aż wszyscy dojadą. Dłuży mi się ta chwila, jest zimno i mokro, pada deszcz, ja jednak czuję się "rozgrzany rajdowo" po wczorajszych Mysłowicach. Jeszcze czekamy, gadamy i czekamy.
Dziś czekają nas 3 odcinki, pierwszy jest najdłuższy, a 2 końcowe są jakby dodatkiem. Na całość przewidziane są 4 godziny. Mamy strzałkowy itinerer i test, który dostajemy od razu. Wszystko wygląda prosto, organizator nawet zdradza nam marki samochodów, w jakich będą czekać sędziowie na PKP-ach, i kilka razy powtarza, że mamy dużo czasu i żeby się nie spieszyć bo jest ślisko, a jak ktoś przyjedzie przed czasem to i tak musi czekać na mecie. Jak będzie? Zobaczymy. Chcę dziś pojechać dobrze, wprawdzie ja zawsze chcę pojechać dobrze, ale dzisiaj jest ostatnia runda Pucharu Okręgowego i mam ostatnią sznasę dogonić prezesa naszego klubu, który prowadzi w klasyfikacji. Szansa wprawdzie niewielka, bo musiałbym wygrać, a on zająć słabą lokatę, żebym go minimalnie wyprzedził, więc jest to raczej niemożliwe, ale spróbujmy. Czuję, że gdybym odpuścił ten rajd, to prezes nie przyjechałby w ogóle do Białej, ale gdyby on nie przyjechał a ja bym przyjechał, to na pewno bym go wyprzedził w klasyfikacji łącznej. Tak więc sądzę, że trochę "wymusiłem" jego udział (podoba mi się ta myśl).
Ruszamy, jako przedostatnia załoga. Najpierw jest próba sprawnościowa, 2 kręciołki i przejazd po dość rozległym i oczywiście śliskim placu. Lubię takie warunki, może to zboczenie, ale zawsze lubiłem jak jest ślisko. Betty wysiada na ten deszcz, dzielna dziewczyna, z Sylwią podjeżdżamy na start, ognia! Szykana, pachołek, nawrót, próbuję ręcznym, o dziwo udaje się podciąć, jeszcze raz, prosta, w prawo, objeżdżamy wysepkę, jeszcze jeden kręciołek, szykana, gazu, za pachołkiem w lewo 90, na wprost krawężnik, hamuję i skręcam, z wyczuciem, trochę lecimy na ten krawężnik ale odpuszczam hamulec i skręcamy, ostatnia szykana i meta. Mamy najlepszy czas. To fajnie, ale rajd i tak rozegra się w pytaniach turystycznych.
Wyruszamy na trasę. Itinerer jest strzałkowy, bez podanych odległości, nie ma też żadnej mapy z punktami, więc uważamy na kształt skrzyżowań, żeby się nie pogubić. Chwilę jeździmy po mieście. Mamy odnaleźć, jakiego wyznania jest świątynia mijana po lewej. Sprawdzamy - prawosławna. Przy okazji przepuszczamy do przodu załogę jadącą za nami i oglądamy chwilę od zewnątrz cerkiew (jak się okaże na koniec - dobrze zrobiliśmy!)
Przed dworcem kolejowym mamy obejrzeć budynek po prawej stronie i odpowiedzieć, co to jest - klasycystyczny pałacyk czy drewniany dworek? Jest to zdecydowanie drewniany dworek, na wszelki wypadek skrupulatnie objeżdżamy go dookoła szukając jakichś napisów. Przy okazji napotykamy kogoś na oko bezdomnego, który wzięty na spytki mówi, że właścicielka wyjechała pół roku temu do Stanów, ale więcej nic nie wie.
Itinerer wyprowadza nas z Białej w stronę południowo - wschodnią. Początkowo jedziemy polnymi i leśnymi drogami, po śniegu rozjeżdżonym kołami nielicznych samochodów jadących przed nami, a wokół ośnieżone drzewa... Pomyśleć, że mógłbym siedzieć teraz w ciepłych kapciach przed telewizorem i nawet bym nie wiedział, co tracę. Dojeżdżamy do pierwszego PKP-u. Okazuje się, że czeka nas tu próba strzelecka: 3 strzały z wiatrówki do takich metalowych tarcz. Biorę kilka mocnych wdechów żeby się zrelaksować, celuję do lewej, pyk (nie powiem "bach", bo w końcu strzelam z wiatrówki). Trafione! Teraz środkowa, uspokajam się, ręce jednak drżą, spokojnie, pyk - dobrze! Trzeciej tarczy nie trafiam i potem chwilę żałuję, że za szybko strzeliłem - nikt mnie nie poganiał, a straciłem w ten sposób 3 punkty. Trudno, jedziemy dalej!
Mamy odpowiedzieć, przez jakie nadleśnictwo przejeżdżamy. Odnajdujemy stosowną tablcę, potem pomnik, gdzie też mamy znaleźć jakąś informację. Potem wyjeżdżamy na asfalt, i tak dalej - odnajdujemy i oglądamy różne pomniki, kapliczki itp. - Łomazy, Ortel Królewski, Piszczac, Lebiedziew - prawda, że na Śląsku nie spotka się takich nazw? Idzie nam jak po maśle, kratki itinerera szybko przesuwają się do przodu, a jedziemy dopiero godzinę, przed nami jeszcze trzy. Nie spieszę się więc, spokojnie oglądamy wskazane miejsca, zatrzymujemy się, robimy zdjęcia. W pewnym momencie coś przestaje pasować - mamy znaleźć stary cmentarzyk, na nim coś sprawdzić i zawrócić. Zawracamy, ale nie ma cmentarzyka, próbujemy jeszcze raz, zawet pytamy przygodnie napotkaną kobietę, ale ona mówi, że... nie jest stąd i nic nie wie! Więcej ludzi nie ma, w taką pogodę nikt nie wychodzi z domu. Za nami nikt nie jedzie, jesteśmy ostatnią załogą. Robimy jeszczej jeden nawrót, próbujemy i tu, i tam - nie wiadomo, co autor trasy miał na myśli. Oglądam dokładnie raz notatki Sylwii - no tak, szukamy tego cmentarza nie z tej strony, przecież na itinererze jest zaznaczony po lewej! Patrzymy jeszcze raz - są 3 stare drewniane przechylone krzyże, a dalej jakiś omszały pomnik - faktycznie! Nastrój nam się poprawia, coś się działo ale panujemy nad sytuacją. Zawracamy... i znów nie bardzo nam pasuje, bo wykonawszy kolejne polecenia itinerera powinniśmy znaleźć informację, kto jest fundatorem pomnika rodziny Głowackich, ale jedziemy 5 kilometrów, a nie ma żadnego pomnika! Sytuacja na pokładzie znowu robi się lekko stresowa, wtem Betty krzyczy: Tu był pomnik po prawej, coś było! Zawracam, patrzymy - w krzakach 10 m od drogi jest faktycznie szary jakby głaz, który po bliższych oględzinach okazuje się być pomnikiem. "Na pamiątkę tragicznej śmierci ...(tu imiona), którzy zginęli w płomieniach domu podpalonego zbrodniczą ręką, pomnik ten ofiaruje zbolała matka - 1927 rok" Brrr, kawał historii! Brawo Betty! - te 2 myśli przelatują mi na raz przez głowę.
Dalej okazuje się, że przeloty między sąsiednimi kratkamu itinerera są naprawdę bardzo długie, co może mieć wpływ na miejsca, do których się trafia. Bo oto mamy na prawym łuku skręcić w lewo, a następnie skręcić w prawo, znaleźć następną kapliczkę i odpowiedzieć, co znajduje się we wnętrzu - materiały do odbudowy kapliczki, drewniane okiennice czy 2 kolumny? Jedziemy, najpierw kilka kilometrów nie ma łuku w prawo z drogą odchodzącą w lewo. W końcu łuk jest, ale droga odchodzi trochę inaczej, niż narysowane w notatkach. Ta sytuacja, czy nie ta? Uznaję, że autor trasy mógł popełnić niedokładność na rysunku, i skręcamy. Potem jest droga w prawo, po kolejnym kilometrze jest kapliczka. Oglądamy ją - w środku z pewnością nie ma ani materiałów do odbudowy, ani okiennic, jest figurka Matki Bożej i dwie pionowe świetlówki po bokach. No ale czy to są kolumny?! Naciągamy odpowiedź, że tak, na wszelki wypadek nie wpisujemy jej jeszcze na czysto i jedziemy dalej. Dalej jednak już nic nam nie pasuje, po 5 kilometrach nie ma kolejnego "naszego" skrzyżowania, za to jest całkiem inne rozwidlenie dróg. Nie, teraz już na pewno jesteśmy poza trasą. Więc wracamy aż do tego pierwszego skrzyżowania z łukiem w prawo, uznajemy, że to nie jest "nasze" skrzyżowanie, i szukamy dalej. I co się okazuje? Po kolejnych pięciu kilometrach jest pasujący zakręt i droga w bok. Skręcamy, po chwili odnajdujemy kapliczkę, która ma 2 takie ładne kolumny, że to musi być ta kapliczka. Więc jednak trzeba próbować i sprawdzać różne drogi. Wprawdzie zasady opisu trasy przewidują, że odległość między kratkami nie powinna być większa niż 1 km, ale jak widać życie przynosi niespodzianki, a każdy rajd może być inny...
Jakiś czas później trafiamy do kolejnej wsi - nie pamiętam nazw, na rajdzie nie ma czasu na myślenie o nazwach miejscowości, zwłaszcza gdy się jedzie według itinerera z natury - żeby spamiętać nazwy, trzeba by potem objechać trasę drugi raz "na spokojnie". Mamy odpowiedzieć na 2 pytania związane z posesją nr 65. Posesja nr 65 okazuje się być kościołem. Pierwsze pytanie jest proste, a drugie ciekawe: Ile jest krzyży na ogrodzeniu? Ogrodzenie jest metalowe na betonowej podmurówce, a każde przęsło jest od góry zdobione kilkunastoma małymi krzyżykami. Oprócz tego słupki między przęsłami na górze też mają krzyżyki, niektóre przęsła mają krzyże w środku, inne nie, poza tym przęsła są różnej długości. Aha, kościół jest ogrodzony z 3 stron, każda strona ma ok 50 m długości. Organizator mówił na odprawie, że jedno zadanie jest żartem i nie musimy go wykonywać, i że sami poznamy na trasie, które to zadanie. Teraz nie mam wątpliwości. Ale obiecano nam też, że załoga, która wykona to zadanie, będzie miała anulowanych 5 punktów karnych.
Nie namyślam się więc, każę dziewczynom obejrzeć kościół, a sam biegam i liczę. 12 przęseł po 11 krzyżyków, 14 po 12, 5 krzyżyków na furtkach, teraz z boku... Po przemnożeniu i zsumowaniu wszystkiego i wychodzą 864 krzyżyki, w tym 3 ułamane. Ruszamy dalej, i w tym miejscu jakoś dochodzi do mnie, że te 4 godziny czasu, które mamy do dyspozycji, są na cały rajd, a nie na ten etap. Potem mają być jeszcze 2 etapy - mam nadzieję, że krótsze, ale nie wiadomo ile zajmą nam czasu. Patrzę na czas - zostało jeszcze półtorej godziny. Zdecydowanie przyspieszamy. Wreszcie coś się dzieje!
Resztę odcinka pokonujemy bez błądzenia i odnajdujemy fiata tipo z sędziami. Oddajemy pytania i dostajemy drugi itinerer - na szczęście bardzo krótki - i nowy test dotyczący przejechanej trasy, który mamy rozwiązać na tym odcinku. Pytania zmuszaja do uruchomienia pamięci i notatek: Co było remontowane w cerkwi na początku rajdu - mur, dwonnica czy elewacja boczna? Czy drewniany dworek obok dworca PKP był zamieszkany? Przypominamy sobie, że mówił ten gościu, że właścicielka wyjechała do Stanów, więc odpowiadamy, że niezamieszkany, ale jak się potem okazuje, chodziło o to, że w oknach były firanki, czyli ktoś mieszkał. Dalej: czym był otoczony krzyż na cmentarzu żydowskim - drewnianym płotkiem czy drutem kolczastym? I tak dalej. Pytania, na które nie znamy odpowiedzi, załatwiamy eliminując te, które nie pasują i strzelamy. Dobra, wreszcie mamy wszystkie odpowiedzi i dojeżdżamy do drugiego PKP-u. Tutaj oddajemy test i... no jasne, dostajemy następny! Przepisy drogowe i pierwszej pomocy, oraz test geograficzny ogólny. Ten drugi jest ciekawy i średnio związany z naszą dzisiejszą trasą - gdzie znajduje się najdłuższe molo betonowe w Europie - w Sopocie, Kaliningradzie czy Fromborku? Gdzie urodził się Mikołaj Kopernik - we Fromborku, Toruniu czy Ostrołęce? Gdzie znajduje się geograficzny środek Europy - w Suchowoli, Kozienicach, czy Suchożebrach? (ha ha, fajna nazwa, swoją drogą). Stopniowo, po konsultacjach i szybkiej z konieczności dyskusji wpisujemy odpowiedzi. No dobra, zaspokoję ciekawość czytelników - prawidłowe odpowiedzi to Frombork, Toruń i Suchowola.
Ostatni itinerer też na szczęście ma tylko kilka poleceń, chociaż jego końcówka budzi moje wątpliwości. Znowu jedziemy kilkanascie kilometrów (!) międzynarodową trasą Terespol - Warszawa w kierunku Białej Podlaskiej, szukając znaku "droga z pierwszeństwem" na pełnym skrzyżowaniu, gdzie mamy skręcić w prawo. Po drodze mijamy kilka takich znaków, ale każdy dotyczy pojedyńczej drogi odchodzącej w bok. Mijamy też kolejkę TIR-ów czekających na dojazd do granicy, które zasłaniają widok. Wreszcie jest znak, i jest skrzyżowanie. Pasuje! Czuję ulgę i przyznam, że organizator wystawił uczestików rajdu na próbę cierpliwości i wytrwałości. Jesteśmy na mecie, oddajemy papiery. Jeszcze drugi przejazd przez tą samą sprawnościówkę. Jedziemy, znowu pierwszy czas! No, przynajmniej czasem na rajdzie turystycznym zdarzy sie wygrać próby.
Teraz mamy czas wolny, dostajemy gorącą kiełbasę, która szybko ginie w czeluściach naszych żołądków. Rozmawiamy z prezesem, on i jego załoga wyglądają na sytych, zadowolonych i całkiem pewnych siebie. Wszystko mają dobrze, pewnie wygrali - myślę sobie - ale ok., teraz i tak nic nie zmieniemy. Po chwili są wyniki. Jaki tłum pod tą kartką, skąd nagle tyle ludzi? Patrzę i - fajnie, mamy pierwsze miejsce, prezes drugi! Dobrze! Cieszę się, nie powiem że nie, moje laski też chyba widzą, że ich starania przyniosły efekt. Prezes, nawet jeśli zaskoczony, że nie wygrał, to i tak ma się z czego cieszyć - właśnie zdobył tytuł Turystycznego Mistrza Okręgu. A ja też mam powody do zadowolenia - w ostatnich 2 wygranych rajdach bardzo, bardzo zmniejszyłem jego przewagę nade mną, więc czuję się "dowartościowany". Poza tym przyjechały 2 załogi chełmskie i obie zajęły 2 pierwsze miejsca. To po prostu cieszy.
Po chwili kończy się ceremonia rozdania pucharów. Robimy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcia i rozjeżdżamy się do domów. Wieczorem w Warszawie notuję wskazania z haldy: od piątku w łącznym czasie dokładnie 48 godzin i 10 minut przejechaliśmy1182 km, co daje nam średnią prędkość "weekendową" około 25 km/h, obojętnie- czy spaliśmy, czy jechaliśmy. Ach, ta statystyka, cóż to za nauka...
Zdjęcia z rajdu
Kulisy pozarajdowe: tak wyglądam po nocnej podróży z Mysłowic do Białej i kilku godzinach snu
Wychodzimy z hotelu - a tu zima! Pierwszy śnieg w tym roku.
Tu mieliśmy odpowiedzieć, co to za obiekt
One wcale nie są zmarznięte, tylko tak udają!
Chwilę później zadanie specjalne: strzelamy z wiatrówki. Na 3 strzały trafiam 2. "Ten niedźwiedź nie miał szans!"
Dziewczyny szukają napisu na starym żydowskim cmentarzu w Łomazach. Tylko że to nie ten cmentarz, żydowski był 300m dalej :)
Podlaskie drogi. Płasko, długie proste, mnóstwo krzyży i kapliczek.
2 załogi przyjechały z Chełma do Białej i zajęły 2 pierwsze miejsca. W tym sezonie nikt w okręgu lubelskim nie chciał nam dorównać :)